Choroba, która lady Magdalenę w pełni młodości strąciła do grobu, pozostawiła, jak to zazwyczaj się zdarza we wszystkich chorobach czysto kataleptycznego pochodzenia, słaby, niby na drwinę, rumieniec na piersi i na twarzy oraz udzieliła wargom tego dwuznacznego i drętwego uśmiechu, który przeraża, gdy przynależy śmierci. Zasunęliśmy wieko i zabiliśmy je, po czym zamknąwszy drzwi żelazne, wróciliśmy znużeni do wyżej położonych komnat, gdzie nie mniejsza panowała melancholia. .

Pozwalaja na niebywale zredukowanie ilosci energii zuzywanej na. Czymś więcej niż poetycka fantazje. Bo żadna ziemska położna nie. Arcybiskupstwa w Magdeburgu, ale już same daty wskazują, że... [read more]

Wołanie o pomoc, które rozlegało się w pustce górskiej, dobiegało z północnej zerwy Małego Jaworowego Szczytu, ze skalnej platformy pokrytej wielkimi głazami. Tego dnia - 5 sierpnia 1910 roku - młody, ale już świetnie zapowiadający się taternik, Stanisław Szulakiewicz, wraz ze swym towarzyszem, Janem Jarzyną, wyruszyli z zamiarem dokonania pierwszego przejścia tej ściany. Owa ściana, licząca przeszło trzysta metrów wysokości, odstraszała kruchością zwietrzałych skał i gładką, niedostępną partią szczytową. Nikt jeszcze nie przeszedł ani nawet nie próbował przejść tych groźnych urwisk, toteż zadanie, które sobie postawili młodzi zdobywcy, było niezwykle poważne. Początkowo prowadził Szulakiewicz. Dość szybko przebyto pierwsze przeszkody ściany: wąską, płytową rynnę skalną. Wyżej, w środkowych partiach, teren stał się łatwiejszy, mniej stromy, bardziej rozczłonkowany. Stroma półka, ciągnąca się skośnie w prawo, zaprowadziła wspinaczy do piarżystego wgłębienia. Skały spiętrzały się nad nim pionowo, ale jeszcze nieco dalej w prawo trawiasto-skaliste żebro pozwalało bez większych trudności pokonać dalszy odcinek. Pionowy uskok żebra udało się okrążyć dalekim łukiem od lewej strony. Już sto metrów, już sto pięćdziesiąt, już więcej niż połowa ściany została zdobyta. Rosła przepaść pod stopami, coraz głębiej i głębiej w dole widać piargi i śniegi doliny. Od połowy ściany pierwszy szedł Jarzyna. Żebro, którym się wspinał, stawało się coraz bardziej strome. Do szczytu zostało już tylko jakieś sto dwadzieścia metrów, ale teraz zagrodziły drogę gładkie, żółto zabarwione płyty górnych partii ściany. Daremnie młodzi taternicy szukali jakiejś luki w przewieszonych zerwach. Wąskim, poziomym gzymsem skalnym posuwają się jakiś czas w prawo, w poprzek ściany, natrafiając na obszerną platformę zasypaną piargiem i kamiennymi blokami. Trudno nam dziś odtworzyć ściśle szlak ich dalszej wspinaczki. Ściana nad platformą wykazuje niewielkie możliwości przejścia. Najlepszym tego dowodem jest fakt, że do dziś jeszcze nie została pokonana. W rok po próbie Szulakiewicza i Jarzyny cofnęli się z tego miejsca dwaj najznakomitsi ówcześni taternicy węgierscy: bracia Gyula i Roman Komarniccy. Zdobyli oni wprawdzie północną ścianę Małego Jaworowego, ale ominęli jej górne partie dalekim trawersem w prawo. Jarzyna rusza znowu naprzód. Śmiało atakuje pionowe płyty skalne. Wyszukuje małe, prawie niewidoczne chwyty i stopnie. Z najwyższym wysiłkiem wspinacze posuwają się powoli metr po metrze. Szulakiewicz asekuruje towarzysza z uwagą i skupieniem, ale - bądźmy szczerzy - cóż warta była asekuracja w czasach, gdy wbicie haka w skały zdarzało się tylko wyjątkowo, a normalnie stosowanym ubezpieczeniem była lina trzymana przez asekurującego po prostu... w ręku? A właśnie w tej chwili asekuracja przy pomocy haków i karabinków miałaby wartość nieocenioną. Jarzyna znajduje się bowiem jakieś piętnaście metrów nad towarzyszem w sytuacji nadzwyczaj niebezpiecznej. Stoi na maleńkich stopniach w przewieszonej ścianie, ręce zaciśnięte na skalnych chwytach drżą mu ze zmęczenia. Odczuwa teraz skutki nadmiernego wysiłku wielu godzin wytężonej wspinaczki. Usiłuje wyciągnąć się na rękach w górę, na dogodniejsze miejsce, i wtedy utrudzone mięśnie odmawiają posłuszeństwa, nastąpił skurcz, zgięta w łokciu ręka zesztywniała, stała się nagle jakaś obca, jakby nie własna, palce wyprostowały się wbrew woli, wypuściły chwyt. Zanim wspinacz zrozumiał, co się właściwie stało - już leciał w powietrzu głową w dół. Gwałtowne szarpnięcie liny wyrwało błyskawicznie Szulakiewicza ze stanowiska asekuracyjnego. Po ułamku sekundy lecieli już obaj. Przerzuciło ich przez platformę, z której niedawno wyszli, ale łącząca ich lina zaczepiła się o jeden z bloków skalnych, jakimś cudownym wprost przypadkiem nie zerwała się i obaj zawiśli potłuczeni, lecz żywi. Z trudem udało im się wygramolić z powrotem na platformę. Dziwna rzecz: Jarzyna, którego upadek wynosił niemal pięćdziesiąt metrów, wyszedł z niego prawie bez szwanku. Natomiast Szulakiewicz, który spadał "zaledwie" dwadzieścia metrów, odniósł poważniejsze, choć prawdopodobnie niegroźne dla życia obrażenia i nie był w stanie poruszać się o własnych siłach. Początkowo sądzili, że dłuższy odpoczynek na platformie wystarczy, by przywrócić Szulakiewiczowi możność choćby najpowolniejszego schodzenia z pomocą liny. Gdy po dwóch godzinach stan nie uległ zmianie, zdecydowali, by Jarzyna spróbował zejść sam i sprowadzić pomoc. Była to jedyna decyzja, jaką w tych okolicznościach mogli powziąć. Oczekiwanie pomocy w ścianie, przywoływanie jej krzykiem w pustej, nie uczęszczanej wówczas Dolinie Jaworowej było zupełnie bezcelowe. W pogodny dzień wołanie mogliby może usłyszeć nieliczni turyści przechodzący niekiedy szlakiem przez Lodową Przełęcz. Tego dnia jednakże pogoda była wybitnie niepewna. O, właśnie z mgieł wałęsających się nisko nad doliną poczyna padać drobny, tatrzański kapuśniaczek. Trzeba się spieszyć, zanim skała nie stanie się mokra i śliska. Ciężka to decyzja dla każdego prawdziwego człowieka gór opuścić rannego towarzysza, nawet gdy się wie, że to dla niego jedyny ratunek. Tym cięższa, gdy się ma ze sobą marny kawałek liny, pod sobą blisko dwieście metrów trudnej i kruchej ściany, a wie się dobrze, iż od powodzenia wyprawy, od jednego fałszywego kroku zależy życie lub śmierć kolegi i przyjaciela. Jan Jarzyna bez wahania wziął na siebie to brzemię odpowiedzialności. Późniejsze kroniki taternickie nie notują już więcej jego nazwiska. Nie wiemy, jakie były dalsze losy tego młodzieńca o zadatkach na alpinistę wielkiego kalibru. Przypuszczać należy, że po straszliwych zdarzeniach, o których tu piszemy, Jarzyna porzucił taternictwo na zawsze. Jednakże nawet dziś, po tylu latach, czujemy podziw i szacunek dla hartu woli człowieka, który potrafił dokonać niezwykłego czynu: mimo potłuczeń, mimo niewątpliwego wstrząsu po wypadku, mimo coraz to pogarszającej się pogody zejść samotnie, bez asekuracji, poprzez urwisko Małego Jaworowego i w niezwykle szybkim tempie odbyć wielogodzinny, wytężony marsz do dalekiego schroniska przy Morskim Oku. Do schroniska tego dotarł o godzinie dziesiątej wieczór. Natychmiastowy telefon do zakopiańskiego Pogotowia, krótki (jakże krótki!) moment odpoczynku, i Jarzyna wraz z dwoma przebywającymi w Morskim Oku turystami i trzema przewodnikami pomaszerował w ciemność deszczowej nocy z powrotem pod ścianę, w której zostawił oczekującego pomocy Szulakiewicza. Alarm o wypadku na Małym Jaworowym postawił na nogi całe Tatrzańskie Pogotowie. Mimo późnej wieczornej pory, mimo fatalnej pogody, ulewy i wichru kierownik Mariusz Zaruski zmobilizował wszystkich obecnych w Zakopanem przewodników i taterników. O północy tego samego fatalnego dnia 5 sierpnia ekspedycja wyruszyła na góralskich furkach przez Łysą Polanę do Jaworzyny, a stamtąd - już pieszo - do Doliny Jaworowej. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że szanse uratowania Szulakiewicza są niewielkie i że natychmiastowa pomoc jest konieczna. W miarę wznoszenia się w górę deszcz zmieniał się w mokry śnieg, pomieszany z gradem. Było oczywiste, że nieszczęśliwy wspinacz, ciężko potłuczony, leżący samotnie na skalnej platformie w ścianie, nie wytrzyma długo, że może nawet nie dożyć do rana. Z drugiej zaś strony, czy uda się w tak wyjątkowych warunkach wedrzeć wysoko w groźną, niedostępną ścianę, której dopiero wczoraj po raz pierwszy dotknęła stopa człowieka? Czy uda się następnie opuścić na linach w dół ciało rannego? Pytania te zadawał sobie Zaruski, odpowiedzialny za życie tego w ścianie i życie tych wszystkich, którzy z nim razem szli na tak wielkie niebezpieczeństwa - nurtowały także towarzyszących mu taterników: zdobywcę południowej ściany Zamarłej Turni, Stanisława Zdyba, świetnych wspinaczy, Romana Kordysa i Aleksandra Znamięckiego. Nurtowały chyba najbardziej Klimka Bachledę, który mimo swych sześćdziesięciu jeden lat wciąż jeszcze dzierżył berło "króla tatrzańskich przewodników". Klimek może najlepiej zdawał sobie sprawę, że zadanie, jakie ich czekało, niemal .. przekracza siły ludzkie. Wiedział o tym, gdyż trzydzieści lat wędrówek po górskich szlakach dało mu doświadczenie, którym nikt nie mógł się z nim równać. Ale Klimek się nie cofnie. Miałby się wahać on, który jeszcze jako młody chłopak w roku 1873 niósł ratunek ginącym w czasie wielkiej zarazy w Zakopanem, on, którego całe życie było ciągłym narażaniem się w górach za innych? Ten stary bohater bez skazy myślał tylko o jednym, o tym, że gdzieś wysoko w skałach żywy człowiek czeka ratunku. Jeszcze przed świtem, w sobotę 6 sierpnia, w gęstej mgle, deszczu i śnieżycy wyprawa Pogotowia dotarła pod ścianę. Niestrudzony Jarzyna czekał już wraz grupą, którą przyprowadził z Morskiego Oka. Udzielił Zaruskiemu szczegółowych informacji o wypadku i określił możliwie najdokładniej miejsce, w którym zostawił Szulakiewicza. Dziś, po tylu latach, gdy nie żyje już bodaj nikt z członków owej pierwszej grupy ratowniczej, nie sposób ustalić, dlaczego Zaruski nie wziął Jarzyny ze sobą w ścianę. Przypuszczać należy, że powód był bardzo prosty: wytrzymałość ludzka ma przecież swoje granice. Jarzyna, który od dwudziestu czterech godzin był bez przerwy w akcji, który przebył trudy przejścia ścianą i o wiele cięższe trudy zejścia, przeżył pięćdziesięciometrowy upadek, wstrząs nerwowy i szaleńczy wyścig z Jaworowej do Morskiego i z powrotem - zapewne nie był już w stanie wspinać się, choćby przy najwydatniejszej pomocy liny i towarzyszy. A jednak, tylko Jarzyna - który tę drogę poznał na wylot, w pogodę i niepogodę on jeden miał szanse nieomylnego zaprowadzenia ekspedycji do miejsca wypadku mimo mgły. Lodowata ulewa objęła Tatry. Szumiały wezbrane potoki, w żlebach grzmiały wodospady, ściany górskie pobłyskiwały przez mgłę siecią białych, spienionych siklaw. Pioruny rozświetlały co chwila szarość zamieci, grad i deszcz siekły ciała wspinających się ratowników, oślepiał ich śnieg niesiony wichrem. Tylko ten, co zna Tatry o każdej porze roku, o każdej porze dnia i nocy, w każdą pogodę, może sobie zdać sprawę, czym są takie godziny, gdy sprzymierzone ze sobą żywioły atakują drobną kruszynę ludzką, tkwiącą gdzieś w urwisku. Rozproszeni po ścianie ratownicy metr po metrze wdzierali się w górę. Wciągali się na rękach, podpierali łokciami, kolanami; pełzali po nachylonych, oślizłych płytach skalnych. Woda wlewała im się przez rękawy, za kołnierze, wyciekała nogawkami spodni. Przemoknięci, sztywni, zgrabiałymi palcami szukali chwytów. Rozsądek nakazywał odwrót, któż by o tym jednak myślał; gdy od czasu do czasu poprzez szum wodospadu i ryk burzy przebijał z góry głos ludzki: słabe, żałosne wołanie Szulakiewicza! Słyszał je Zaruski, słyszał je także Klimek, gdy szedł na przedzie grupy ratunkowej. Minęło wiele takich godzin. Wysoko w ścianie - wytrwały już tylko dwie partie wspinaczy: związani wspólną liną Klimek, Zaruski i Zdyb, a tuż za nimi - Kordys i Znamięcki. Przyszedł wreszcie moment, że wszyscy byli u kresu sił. Ciała dygotały febrycznie, zęby szczękały, z ust zamiast słów wydobywał się jakiś dziki bełkot, gorączka stawiała przed oczyma zwidzenia i majaki... Dzień miał się ku końcowi, głos Szulakiewicza od dawna już ucichł, a oni poczęli sobie zdawać sprawę, że jeśli natychmiast nie rozpoczną odwrotu - podzielą jego los. Jeden tylko Klimek, głuchy na wszelkie perswazje, parł dalej naprzód. Posuwali się za nim, pokonując z najwyższym wysiłkiem rosnący bezwład ciał. W pewnej chwili lina łącząca Klimka z Zaruskim zacięła się o głaz. Gdy szarpnięcia nie pomagały, Klimek odwiązał się, puścił luźno koniec i poszedł dalej samotnie, bez asekuracji. - Wracajcie, Klimku! - krzyknął Zaruski, rozumiejąc szaleńcze ryzyko sytuacji, w której znalazł się stary przewodnik. Machnął lekceważąco ręką. On, wspinacz nad wspinacze, suchy, drobny, lekki, poruszał się w ścianie z taką swobodą jak po wygodnej ścieżce. Deszcz, śnieżyca, kurniawa? - znał to wszystko dobrze. Żelazna wytrzymałość fizyczna i psychiczna sprawiła, że czuł się dużo lepiej niż jego towarzysze. Miał prawo wierzyć, że da sobie radę nawet w takiej ścianie, nawet w takich warunkach. A zresztą, czy nie ślubował w Pogotowiu, że we dnie i w nocy, w deszcz i pogodę, bez względu na trudy i niebezpieczeństwa ratować będzie do ostatka tych, co giną w górach? Zaruski i Zdyb widzieli, jak zawrócił w prawa, ku czerniejącej we mgle grzędzie skalnej. Posuwali się jakiś czas za nim, potem skręcili w lewo do rynny. Byli - nie wiedząc o tym, bo mgła przesłaniała wszystko - kilkadziesiąt metrów poniżej miejsca, w którym leżał być może jeszcze żywy Szulakiewicz. Ale tu był kres ich odporności. Ci dwaj ludzie - obaj o stalowych nerwach, mięśniach i woli - tracili co chwila przytomność. Zwidzenia prześladowały ich coraz natrętniej. W przebłysku świadomości powzięli decyzję odwrotu. Z rynny dotarł z powrotem na żebro i tam, drżąc z zimna, chwiejąc się na nogach czekali na Klimka. I wtedy właśnie po raz ostatni zamajaczyła im we mgle jego postać. Stał o kilkadziesiąt metrów od nich, ręką wsparty o skałę, na owej grzędzie, która z prawej strony ograniczała ścianę. - Klimku! Wra-caj-cie! - zawołał znowu Zaruski. .

- Taż to zawołoka jakaś, a ty ją za swoją masz! Zdążył już zapomnieć o chrześcijańskim stosunku do. - A co ty będziesz robił? Wyglądasz niezbyt schludnie.. - Przyszła chwila... - ciąg... [read more]

fizycznie. .

W podtrzymaniu łaski. Mówisz często o mocy Siakti. Co. - Ano podszedłem. I co? Kaźmierz ściągnął powoli czapkę z głowy, odsłaniając bielszy płat nieopalonego czoła. W jego głosie drża... [read more]

Kobra wycofał się na korytarz i przytrzymywał szeroko drzwi tak żeby przypadkiem ochroniarze nie usiłowali ich otworzyć używając do tego celu Skorpiona. Szczypiorski nie odwrócił się już więcej w ich stronę. - Przyjdźcie za dwa tygodnie. Ja wiem lepiej co sprzedałem. Drugi ochroniarz chwycił Skorpiona za cienki skórzany krawat, szarpnął w górę, tak, że Skorpion jak baletnica na czubkach palców wyszedł z biura. Drzwi zatrzasnęły się tuż przed jego nosem przytrzaskując krawat. Udusiłby się, gdyby Kobra nie wyjął sprężynowego noża i nie odciął go z uwięzi. - Babcia ma dzisiaj urodziny. To był mój najlepszy krawat - żalił się Skorpion. Kobra nie przywiązywał nigdy uwagi do ubioru, tym razem jednak spojrzał ze współczuciem na Skorpiona. - Niedobrze ci w krawacie. Nie pasuje - rzucił Kobra. Zbity z tropu Skorpion oglądał odcięty koniec. - Myślisz, że nie, że niby dlatego, że jestem łysy? - oponował. Ruszyli w stronę wyjścia. .

- Prawdy - westchnął Dumbledore. - Prawda to cudowna i straszliwa rzecz, więc trzeba się z nią obchodzić ostrożnie. Odpowiem jednak na twoje pytania, chyba iż uznam, że istnieją rozsądne po... [read more]

- zapytał. Najwyraźniej właśnie wstał z łóżka. Ciepłe spojrzenie jego oczu mówiło, że ucieszył się, widząc ją tutaj. Odżyło w jej pamięci wspomnienie intymnego spotkania w bibliotece. On zna mnie jak nikt inny, pomyślała. Jego bliskość działała na nią obezwładniająco. - Tak, oczywiście. - Wiele wysiłku kosztowało ją, by sięgnąć po nóż. - Przypuszczam, że nie może pani spać po przeżyciach w domu Pitneya - powiedział, siadając przy stole. - Nie. Obudził mnie sen, który powtarza się od czasu. .

Nadzieję, że jako przystawkę do drobiu otrzyma jeszcze. Oczywiście najważniejszym zadaniem Berii, poza zapewnieniem bez-pieczeństwa Stalinowi, nad czym czuwało dziesięciu lub dwunastu ochro-... [read more]


Pages:   1 2 3 4 5 6 7 8 9

Partners

Categories

Random Posts:

Banner:

Partners: